20 lat w Chinach

Wpis

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Wyjazd i... przyjazd

06 10 2011 r. - Czwartek

           

Zaczyna się ;) Długo oczekiwany, przez nas obojga, wyjazd do Chin staje się faktem. Jako, że bilety samolotowe do Chin kupowaliśmy prawie na ostatnią minutę, a więc na tzw. wariackich papierach, to i całą nasza podróż wyglądała podobnie. Ale po kolei. Naszą wyprawę w nieznane rozpoczynamy z Warszawy. Oboje pochodzimy z różnych miast spoza stolicy, więc w Warszawie spotkaliśmy się już 05 10, ponieważ samolot mieliśmy 06 10 o godz. 9:15, a na lotnisku, jak wiadomo, trzeba być dwie godziny przed wylotem. 06 10 o godz. 7:00 ruszamy taksówką spod hotelu na lotnisko. Po 15 minutach jesteśmy na lotnisku, a więc punktualnie...

Na tablicy odlotów odnajdujemy nasz lot (do Brukseli) i informację o stanowiskach odpraw. Zanim udamy się do stanowiska odpraw, odnajdujemy na lotnisku serwis, który, na długie podróże, zabezpiecza bagaże folią. Usługa ta nie jest tania (40 zł/walizka) lecz warto w nią zainwestować, bo nie ryzykuje się uszkodzenia walizki, a na dodatek w cenie zabezpieczenia zawarte jest ubezpieczenie bagażu do 3000 euro. Cała operacja zabezpieczenia trwa kilkanaście minut. Następnie, zgodnie ze wskazówkami z tablicy odlotów udajemy się do naszego stanowiska odpraw. Kolejka niewielka. Po 20 minutach dochodzimy do miłej pani z Brussels Airlines, która przyjmując nasze bagaże i oklejając je odpowiednio (czyli karteczką napisami lotnisk przesiadkowych i docelowego, a więc BRS - BJN - NKG) informuje nas, że mamy nadbagaż. Julia - 6 kg, ja - 4 kg. Chcąc nie chcąc zgadzamy się na dopłatę za nadbagaż. Pani kieruje nas do swojego kolegi do stanowiska naprzeciwko, który to pan ma nam obliczyć i pobrać od nas odpowiednią opłatę. Kolega ów, jeszcze trochę zaspany z rana ;) ma kłopoty z systemem komputerowym, więc oczekiwanie na obliczenie opłaty trwa… Co koniec końców okazało się dla nas dobrym omenem ;) Po kilku próbach wejścia do systemu, które spełzły na niczym, pan z okienka zdecydował się zadzwonić do Brukseli, ażeby stamtąd uzyskać słownie-nausznie informację o opłacie. Po kilku minutach wiemy, że opłata wynosi… Uwaga! Wg stawek międzynarodowych - 50 euro za kilogram… Troszeczkę nas zatkało, bo zatkałoby chyba każdego, 10 kg = 500 euro. Mówi się trudno, zgodziliśmy się i na to. Nikt przecież nie będzie wywalał z bagażu zbędnych kilogramów na środku hali odlotów, tym bardziej, że bagaże już pojechały taśmą do ‘dziury’. Pan zajął się obliczaniem opłaty, a ja z ciężkim sercem wyciągałem powoli kartę płatniczą. Zadzwonił telefon, pan odebrał, chwila rozmowy i… oddaje mi paszporty, ze słowami ‘Nie ma opłaty. Dziękuję i życzę miłego lotu naszymi liniami’ Kamień spadł nam z serca, a właściwie głaz.

Tu należy się słowo wyjaśnienia odnośnie bagaży i ich ciężaru.

Bilety kupowaliśmy za pośrednictwem serwisu e-sky. Po otrzymaniu biletu elektronicznego przy każdym locie wyszczególnione były: dopuszczalna waga bagażu głównego oraz dopuszczalne waga i rozmiary bagażu podręcznego. W przypadku bagażu głównego przy każdym locie była informacja, że dopuszczalna jego masa wynosi 20 kg, bagaż podręczny - w zależności od przewoźnika - od 5 do 7 kg, wymiary podobne. Tak więc przeładowując nasze walizki liczyliśmy się z nadbagażem i dopłatą za niego. Ale uwierzcie, spakować do jednej walizki rzeczy potrzebne do życia 8 tys. km od domu i zmieścić się w 20 kg nie jest tak prosto, a właściwie jest to w ogóle niemożliwe.

W rzeczywistości jednak, sprawa z ciężarem bagażu wyglądała zupełnie inaczej. Pan od opłat z linii Brussels Airlines poinformował nas, że rzeczywiście dla B. A. jest to 20 kg, lecz gdy lot jest z przesiadkami i korzysta się z usług różnych linii lotniczych pod uwagę bierze się maksymalny dopuszczalny ciężar bagażu. W naszym przypadku drugi lot odbywał się liniami Hainan Airlines, które to linie dopuszczają 30 kg bagażu na osobę. O tym serwis e-sky nas nie poinformował i ‘dzięki’ niemu jesteśmy stratni kolejne 10 kg bagażu, który mogliśmy zabrać całkowicie za darmo, a który na miejscu by się na pewno przydał. Serwis e-sky popełnił jeszcze inne błędy. Ogólnie rzecz biorąc, serwisu e-sky nie polecamy.

 Po usłyszeniu od miłego pana miłej informacji udaliśmy się znów do pani od walizek, odebraliśmy nasze karty pokładowe (jako, że lecieliśmy do Pekinu z Brukseli , a do Brukseli liniami belgijskimi, to pani w Polsce dala nam od razu karty pokładowe na samolot do Pekinu) i stamtąd ruszyliśmy prosto do bramek za którymi czekało nas już tylko wejście na pokład samolotu. Samo przejście przez bramki nie jest godne opisywania i każdy da sobie z tym radę, aczkolwiek należy nadmienić, że organizacja czegokolwiek w Polsce (w tym przechodzenie przez bramki, wykrywacze metali, itd.) jest na poziomie bardzo niskim, szczególnie jak na kraj, który wkrótce ma zorganizować EURO 2012 i który aspiruje do miana kraju przyjaznego turystom.

Nareszcie… godz. 8:56 jesteśmy na pokładzie Avrolinera ze stajni Bussels Airlines. Samolocik niewielki, ale przyjemny. Julia siada od okna, ja obok. 9:15 lecimy. Lot odbył się bez specjalnych atrakcji. Zdarzyły się jakieś drobne turbulencje, ale to wszystko. Po ponad dwóch godzinach lotu, krótko przed godz. 11:30 lądujemy na Brussels International Airport.

W Brukseli mamy ponad dwie godziny czasu. Jako, że bagaże lecą swoją drogą i nie musimy ich już odbierać i znów nadawać udajemy się na lunch. Po lunchu krótki rekonesans na lotnisku i udajemy się do bramek. Porównanie przejścia przez bramki w Belgii, a w Polsce wypada zdecydowanie na korzyść Belgii, no ale to nie jest dziwne :) więc po kilkunastu minutach znajdujemy się w poczekalni. Na pokład samolotu zaczęto wpuszczać ok. 40 minut przed startem. Nie ma się czemu dziwić, bo samolot – Airbus A330 linii Hainan Airlines - ogromny, więc zapełnienie go pasażerami zajmuje sporo czasu. Miejsca przydzielone nam w Polsce na lot do Pekinu, okazały się miejscami w środkowym rzędzie, które okazały się bardzo dobrymi miejscami. Na miejscach czekały na nas poduszka i kocyk :) oraz na życzenie ciepłe skarpetki, które roznosiły miłe chińskie stewardesy.   W samolocie komplet pasażerów, w zdecydowanej większości chińczycy. Z tego co zarejestrowaliśmy wzrokiem ;) ‘białych’ na pokładzie było może 10%. Punktualnie o 13:50 startujemy. Przed nami  9 godzin i 50 minut lotu… Całe szczęście, że do dyspozycji mieliśmy monitory wmontowane w oparcia siedzeń pasażerów siedzących przed nami. W menu monitorów były do wyboru filmy, gry, muzyka, dane o locie, itp. Nie można było się nudzić :) Poza tym oczywiście można było spać :) Po około godzinie lotu zaczęto roznosić pierwszy posiłek. Wybór był pomiędzy dwoma potrawami, nie pamiętam już jakimi, w każdym razie były zjadliwe. Po posiłku ‘czas wolny’ ;) Obejrzeliśmy z Julią film, posłuchaliśmy muzyki, pograliśmy, no i drzemka… Pospaliśmy niezbadaną do dziś ilość czasu ;) Niezbadaną ze względu na to, że ciągle zmieniały się nam strefy czasowe i spaliśmy krótko ale długo lub długo ale krótko – jakoś tak ;) Na około dwie godziny przed lądowaniem panie stewardesy podały nam śniadanie. Tak więc najedzeni, po dziewięciu i pół godzinach lotu (przyspieszył samolot widać ;) ), 07 10 2011 r. o godzinie 5:20 znaleźliśmy się na ziemi chińskiej, w Pekinie, po chińsku 北京 czyli Běijīng.

 

 

 Walizki na pekińskim lotnisku - po podróży.

 

 

 

 Tablice informacyjne na lotnisku w Pekinie

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące wpisu, zadawajcie je w komentarzach, na wszystkie postaramy się odpowiedzieć.
Julia i Patryk

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
20_lat_w_chinach
Czas publikacji:
poniedziałek, 05 grudnia 2011 14:21

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • anna_w_japonii napisał(a) komentarz datowany na 2011/12/23 00:37:27:

    szczesciarze jestescie. Mysmy z mezem musieli wywalac rzeczy na lotnisku w Sztokholmie przy powrocie do Japonii. Nawet paczka nie mozna bylo ich wyslac bo poczty po godzinach tam nie uswiadczysz.

    Znalazlam ws przez bloga roku i bede zagladac regularnie.
    Pozdrawiam po sasiedzku! :-)

  • 20_lat_w_chinach napisał(a) komentarz datowany na 2011/12/23 19:38:47:

    Też byliśmy zaskoczeni tym przypływem szczęścia na lotnisku (bo uniknęliśmy zapłaty całkiem sporej, 4-cyfrowej kwoty, a nie mieliśmy zamiaru pozbywać się ani jednej rzeczy z tych skrupulatnie wyselekcjonowanych do naszej podróży ;) ). Jak mówisz, kwestia szczęścia i nic więcej. Oby i innym się tak samo udawało.
    Pozdrawiamy i zapraszamy do nas ponownie:)
    J&P

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny



free counters
Free counters






stat4u