20 lat w Chinach

Wpis

czwartek, 08 grudnia 2011

Xuzhou - 徐州

08 10 2011 r. - Sobota

            Wstaliśmy około 8, bo na 10 byliśmy umówieni z Lizzy w biurze w którym pracuje, a dzięki któremu w ogóle trafiliśmy do Chin. Nocleg mieliśmy z opłaconym śniadaniem, więc wkrótce po wstaniu udaliśmy się na nie. Na migi skierowano nas do miejsca w którym mieliśmy owo śniadanie zjeść...

       Wyobraźnia nasza, po kilkunastu pobytach w Polskich hotelach, wykreowała nam, że udamy się jeść do czegoś w rodzaju hotelowej restauracji, a trafiliśmy do zakładowej stołówki z czasów głębokiego PRL-u :) Nie jesteśmy aż takimi estetami, żeby nam to przeszkadzało, ale zdziwiło nas to nieźle. Nieważne, najważniejsze aby można było coś zjeść i się jako tako najeść, bo następny posiłek przed nami niewiadomo kiedy :) Niestety, ze znanych mi potraw, a raczej rzeczy zdatnych do jedzenia było tylko jajko… Poza tym jakieś bliżej niezidentyfikowane obiekty jadalne. Że jadalne, to stwierdziliśmy po tym, iż jedli je inni współśniadaniowcy przebywający akurat o tej samej porze w PRL-owskiej zakładowej stołówce. Chcąc nie chcąc wzięliśmy blaszane tace i zaczęliśmy nakładać sobie to co tam było. W małe miseczki nalaliśmy sobie także zupki i zaczynamy konsumpcję. Ogólnie rzecz biorąc potrawy, włącznie z zupką, były zjadliwe. Nie powiem, że smaczne, ale zjedliśmy prawie wszystko co sobie nałożyliśmy. Prawie, bo czegoś w rodzaju bladej bułki gotowanej na parze i wypełnionej wodorostami, nie zjadłem. Julia też nie :) Najsmaczniejsze było jajko, a zaraz po tym, coś o smaku naszych faworków tylko w innym kształcie. Wszystko (oprócz jajka i zupy) oczywiście jedliśmy pałeczkami. Ze śniadania wyszliśmy może nie zadowoleni, ale i nie głodni. Po powrocie do pokoju, wypiłem w końcu porządną kawę i niedługo potem zjawiła się Lizzy.

      Co do hotelu, to jeszcze jedna uwaga, stwierdziliśmy (dużo później), że chińskie rury kanalizacyjne, mają przekrój o wiele węższy niż polskie. Po kilkukrotnym skorzystaniu z hotelowej toalety i wrzuceniu do niej papieru toaletowego, woda przestała odpływać tak jak na początku, by pod koniec naszego pobytu w nim, przestać odpływać zupełnie. Zapchaliśmy więc kibelek nr 1 ;)

      Do biura z hotelu było pięć minut drogi pieszo, więc i pieszo się tam udaliśmy. Biuro JESIE (Jiangsu International Language Training Center) mieści się w wysokim biurowcu na bodajże 23 lub 26 piętrze. Sam biurowiec, a i biuro także, nowoczesne i nieźle wyposażone. W biurze przyjęła nas Chinka o angielskim imieniu Susan, która okazała się dyrektorem oddziału w Nanjing. Rozmawialiśmy z nią około godziny - półtorej. Przedstawiono nam plany lekcji, ogólnie szkołę w której będziemy uczyć, warunki naszej umowy, itp. itd. Po półtorej godzinie wyszliśmy z biura z podpisaną umową, torbami pełnymi materiałów pomocniczych, dobrymi chęciami i nadzieją, że wszystko nam się powiedzie.  Do hotelu odprowadziła na Lizzy, która powiedziała, że o 12.30 przybędzie po nas ponownie, bo o godzinie 13 ruszamy do Xuzhou. Jak powiedziała tak było i o 12:30 wymeldowaliśmy się z hotelu, który opłacało za nas JESI. Tym razem już z walizkami ruszyliśmy ponownie do biura skąd miał być wyjazd. Po dotarciu do biurowca i krótkim oczekiwaniu podjechał pod wejście Mercedes Vito z kierowcą, znanym nam już Mr. Wu lub podobnie ;) Lizzy wraz z nim zwiozła windą z biura materiały które zabrać mieliśmy do szkoły i ok. godz. 13 udaliśmy się do naszego miejsca przeznaczenia w Chinach – Xuzhou. Auto duże, rozsiedliśmy się więc wygodnie i obserwując chińskie widoki przez okna auta rozmawialiśmy z Julią o Chinach – komentując to co widzimy – i o naszej w nich przyszłości. Przed nami ponad 300 km drogi…

    Kilkanaście kilometrów za Nanjing wjechaliśmy na autostradę, która ciągnęła się prawie bez przerw do samego Xuzhou. Prawie bez przerw, bo czasem zmienialiśmy autostrady, ale w sumie cała podróż odbyła się drogami szybkiego ruchu.

      Na autostradzie uderzyło nas jedynie to, że pasy ruchu oddzielone było od siebie bardzo szerokim pasem zieleni na którym zasadzony był – na całej długości – żywopłot, przeplatany jakimiś drzewkami, a cały żywopłot był starannie przycięty i wypielęgnowany. Stwierdziliśmy, że utrzymanie w takim stanie żywopłotu na całej długości autostrady wymaga nie lada zasobów ludzkich, ale cóż, to przecież Chiny, ludzi tu nie brak :) i rzeczywiście po drodze minęliśmy dwie czy trzy ekipy, które zajmowały się miedzy pasową zielenią.

      Szum kół i brak fascynujących widoków za oknem sprawił, że po ok. 100 km Julia zasnęła snem kamiennym, ja byłem twardszy o 50 km ;) ale w końcu też zasnąłem. Pospaliśmy trochę, ale około 80 km przed Xuzhou kierowca zjechał na postój, więc się obudziliśmy. Julia skorzystała z WC, ja zapaliłem, rozprostowaliśmy kości i po jakichś 15 minutach udaliśmy się w dalszą drogę.

      Godz. 16:20 – Xuzhou, po chińsku 徐州 czyli Xúzhōu, nareszcie… Zanim jednak dotarliśmy do hotelu najpierw zahaczyliśmy o szkołę w której będziemy uczyć aby zostawić w niej materiały zabrane z Nanjing. Szkoła jest podzielona na dwa oddziały w miejscach oddalonych od siebie o około 700 m. Z materiałami pojechaliśmy do obu. Po rozwiezieniu materiałów Mr. Wu (czy jakoś tak podobnie ;) ) zawiózł nas do hotelu. Było już dobrze po 17.

      Haynan Hotel w Xuzhou zdecydowanie się różnił od tego w Nanjing na korzyść tego pierwszego. Zakwaterowano nas w jednym pokoju, Lizzy w osobnym i Mr. Wu w osobnym. Na godz. 18 umówiliśmy się z Lizzy w hotelowej restauracji na kolację.

      Restauracja również wypadła zdecydowanie lepiej od tej w Nanjing. Nie żeby jakieś fajerwerki, po prostu zwykła hotelowa restauracja, z barem, kelnerami, kelnerkami, stolikami nakrytymi obrusem, itd. ;) Przy stole czekali już na nas Lizzy i Mr… Stół był wielki z obrotową szklaną częścią, znaną zapewne bywalcom chińskich restauracji w Polsce. W kwestii wyboru dań nie mieliśmy raczej nic do powiedzenia, więc zdaliśmy się na smak i wybór zapraszających. Jako pierwszy na stole pojawił się obowiązkowy czajnik z gorącą wodą. Potem na obrotowym blacie zaczęły pojawiać się potrawy. Ani Julia ani ja, nie jesteśmy w stanie ich nazwać, więc tylko je mniej więcej opiszę :) Tak więc na stole pojawiły się, kurczak w warzywach, wieprzowina w warzywach, coś na smak, kształt i wygląd jajecznicy, tylko, że z wieloma dodatkami mięsnymi i warzywnymi (była to potrawa, która najbardziej smakowała Julii, pewnie dlatego, że najmniej ostra :) bo reszta ostrością była podobna do ryby z Nanjing), była też wołowina w warzywach, także na ostro, a jako przystawka – surówka pojawiły się na stole gotowane wodorosty z grzybami (jedliśmy je pierwszy raz, ale były całkiem niezłe), nie zabrakło oczywiście ryżu. W którymś momencie kolacji Mr… zaproponował wypicie po kieliszku lokalnej wódki, a raczej jak to nazwała Lizzy: ‘white wine’. Jako prawdziwemu polakowi nie wypadało mi odmówić ;) Kelnerka podała do stołu jakąś butelczynę i literatki. Mr… polał, ale tylko nam, Lizzy i Julia nie chciały. No i wypiliśmy… W literatce było tak na oko z 50 gram, więc wypiłem to na raz i troszeczkę zabrakło mi oddechu ;) Okazało się, że ‘white wine’ ma zawartość alkoholu 50%... i że jest to chiński standard :) Zupełnie inaczej pił Mr… To co miał w literatce pił małymi łyczkami, tak że 50 gram pił na 3 razy. Zwrócił mi zresztą uwagę, a raczej delikatnie pouczył, że powinno się pić tak jak on. Wyjaśniłem (za pośrednictwem Lizzy), że w Polsce się pije tak jak ja wypiłem i powiedziałem także, że oczywiście uszanuję chiński zwyczaj i będę pił równo z nim, tak jak on.

      Tak przy jedzeniu i rozmowach płynął nam miło czas. Po kilku kieliszkach chińskiego białego wina podzieliliśmy się na grupki ;) i Julia rozmawiała z Lizzy a ja z Mr… ;) Potem stwierdziliśmy z Julią, że przy wódce, to nawet polak z chińczykiem nie ma problemu żeby się dogadać ;) Chociaż te nasze rozmowy (Mr… i moje) były mało zrozumiałe :) ale coś nie coś się o sobie dowiedzieliśmy. Mr… spróbował polskiego papierosa (paliłem w Polsce i przywiozłem do Chin ‘Mocne’, więc nie miał lekko ;) )Mr… oczywiście zaraz się zrewanżował i zamówił oraz poczęstował mnie papierosem chińskim, chociaż z tego co mówił i co zaobserwowałem, to nie palił. Czego się jednak nie robi dla towarzystwa ;) Kiedy pokazało się już w butelce dno, najedzeni i napici rozeszliśmy się do pokojów, umawiając się z Lizzy na ok. godz. 9 na śniadanie. W pokoju byliśmy grubo po godz. 21. Wzięliśmy prysznic i zaraz się położyliśmy. Julia miała ochotę na igraszki damsko – męskie, niestety ‘white wine’ okazał się silniejszy i biedna musiała zasnąć z ochotą ;) Po chińskiej wódce człowiek zasypia jak kamień i takimż snem spałem do samego rana...



Lizzy - na postoju w drodze do Xuzhou.

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące wpisu, zadawajcie je w komentarzach, na wszystkie postaramy się odpowiedzieć.
Julia i Patryk

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
20_lat_w_chinach
Czas publikacji:
czwartek, 08 grudnia 2011 17:24

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość lille abe napisał(a) z *.broad.cd.sc.dynamic.163data.com.cn komentarz datowany na 2012/02/22 14:33:10:

    no to widzę, że pierwszy kontakt z baijiu zaliczony!
    ja generalnie polubiłem i tak do pary z huoguo (hot-pot) to dobra kolacyjna opcja:)

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny



free counters
Free counters






stat4u